„Call to action” – to nadal działa

„Zadzwoń”, „Napisz”, „Przyjdź”, „Sprawdź sam!”, „Spróbuj”, „Skosztuj”, „Przetestuj”, „Kup taniej” – ile głów, tyle pomysłów na podpowiedzi jak skorzystać z wiedzy zaczerpniętej z reklamy. Wraz z przeniesieniem kanału działań marketingowych do internetu, „call to action” również przeszło metamorfozę, naturalnie dostosowując się do nowej formy przekazu.

Jeszcze dekadę temu – nie przez wszystkich doceniane, a zwykle niosące wymierne korzyści – „call to action”  kojarzyło się w głównie z ulotkami i plakatami. Doświadczony marketingowiec już wtedy znał moc tzw. wezwania do działania i przed umieszczeniem na materiałach promocyjnych tego drobnego –  acz ważnego – elementu, nie puszczał ich do druku. Wiedział bowiem, że odbiorca przykładowo ulotki ma dwie opcje: wyrzucić ją do kosza lub skorzystać z wiedzy na niej zawartej. Szansa na realizację tego drugiego, pożądanego wariantu znacznie wzrastała dzięki zawarciu swoistego drogowskazu, pobudzającego wyobraźnię i skłaniającego do konkretnego czynu.

„Zadzwoń”, „Napisz”, „Przyjdź”, „Sprawdź sam!”, „Spróbuj”, „Skosztuj”, „Przetestuj”, „Kup taniej” – ile głów, tyle pomysłów na podpowiedzi jak skorzystać z wiedzy zaczerpniętej z reklamy. Wraz z przeniesieniem kanału działań marketingowych do internetu, „call to action” również przeszło metamorfozę, naturalnie dostosowując się do nowej formy przekazu.

KLIKAMY BEZ ZASTANOWIENIA?

I tak dzisiaj online „atakują nas” przyciski i linki typu „Kup tutaj”, „Czytaj dalej”, „Przejdź do naszego sklepu”, „Zobacz więcej produktów”… Nie da się ich nie zauważyć, przeglądając wiadomości mailowe i strony internetowe. Cel jest oczywisty – przekierowanie odbiorcy w wybrane miejsce sieci – na stronę www, która może być np. podstroną sklepu internetowego lub też specjalnie przygotowaną „landing page”. Aktywizujące komunikaty docierają tym sposobem do dużo szerszego grona, ale czy dzięki temu są skuteczniejsze?

To zależy czy zastosujesz je właściwie. W e-mail marketingu konkurencja jest ogromna. Skuteczny newsletter powinien zawierać „call to action” w kilku miejscach, ale najlepiej gdy tylko jedno rzuca się odbiorcy w oczy. Internetowe CTA należy bowiem podzielić na to bazujące na treści, czyli tekstowe i to typowo graficzne.

CTA – TEKSTOWE CZY GRAFICZNE?

Tekstowe to np. niezbyt wyróżniające się „Czytaj dalej”, będące ścieżką do rozszerzenia tekstu, a także „Dowiedz się więcej i kup bilety” lub „Przyłącz do naszego klubu”, będące linkiem do strony, gdzie można to zrobić. Takie CTA umieścić możemy zarówno w mailu, jak i na stronie www.

Graficznym z kolei będzie m.in. tzw. „button”. Ów przycisk, zwykle jest ciekawie zaaranżowany kompozycyjnie i podkreślony kolorystycznie. Zawiera krótką, konkretną informację, jak choćby „KUP U NAS KSIĄŻKĘ” lub „ZAPISZ SIĘ NA SZKOLENIE”.  W newsletterze powinien znajdować się poniżej wprowadzającego już tekstowego „call to action”, zawartego w treści.

ZWIĘŹLE, ALE KONKRETNIE

Co ciekawe, tak popularne komunikaty jak „SPRAWDŹ TERAZ” lub „KUP TUTAJ”, niekoniecznie będą dobrym wyborem. Są krótkie i chwytliwe, ale mogą dotyczyć naprawdę wszystkiego, a przez to nie przykuwają uwagi tych, którzy nie czytali tekstu i nie wiedzą o co chodzi. Skuteczne CTA powinno być zwięzłe, ale im mniej ogólne, tym lepiej. Jego misją jest bowiem nie tylko ściągnięcie spojrzenia odbiorcy komunikatu, ale też przekazanie mu jakiejś konkretnej informacji, która przecież ma skłonić go do działania!

Jesteś przekonany, że CTA, które stosujesz w e-mail marketingu spełnia swoją rolę?

 

 

Udostępnij lub zapisz ten post

Leave a Reply